Certyfikat naturalności nie jest wymagany prawem, więc kosmetyk bez niego można legalnie sprzedawać w całej Unii. Obowiązkowe są zupełnie inne rzeczy: raport bezpieczeństwa, dokumentacja produktu, wskazana osoba odpowiedzialna i zgłoszenie w portalu CPNP. Certyfikat kupuje się wtedy, gdy sprzedajesz przez kanał, który go wymaga. COSMOS jest bezpieczniejszym wyborem dla większości polskich marek, NATRUE ma sens przy wejściu do niemieckich i austriackich drogerii ekologicznych, ale stawia warunek obejmujący całą markę, a nie pojedynczy produkt.
Ten tekst rozstrzyga trzy pytania, które wracają przy każdym uruchamianiu linii kosmetycznej: co dokładnie potwierdza każdy ze schematów, ile to realnie kosztuje i w którym momencie certyfikat zaczyna się zwracać. Piszę o tym z perspektywy osoby zamawiającej produkcję, a nie laboratorium.
Czego prawo naprawdę wymaga, a czego nie
Unijne rozporządzenie kosmetyczne 1223/2009 w ogóle nie zna pojęcia „kosmetyk naturalny". Reguluje bezpieczeństwo, dokumentację i odpowiedzialność, a nie skład pod kątem naturalności. Nie ma więc czegoś takiego jak prawna definicja tego słowa ani urzędu, który by ją egzekwował. To właśnie luka, którą wypełniły standardy prywatne.
Obowiązkowe pozostają cztery rzeczy, identyczne dla mydła z manufaktury i dla kremu z dużego zakładu: ocena bezpieczeństwa sporządzona przez osobę o wymaganych kwalifikacjach, dokumentacja produktu (PIF) trzymana dostępną przez dziesięć lat od ostatniej partii, wskazana osoba odpowiedzialna z siedzibą w Unii oraz zgłoszenie produktu w CPNP przed wprowadzeniem do obrotu. Kto tego nie ma, sprzedaje nielegalnie, choćby miał najbardziej naturalny skład na rynku.
Osobno działa rozporządzenie 655/2013, które ustala wspólne kryteria dla oświadczeń o kosmetykach. To ono sprawia, że zdanie o naturalności na opakowaniu jest deklaracją wymagającą dowodu w dokumentacji, a nie swobodnym tekstem reklamowym. Dokument techniczny Komisji przy oświadczeniach o naturalności i organiczności wskazuje jako punkt odniesienia normę ISO 16128.
COSMOS i NATRUE: co realnie potwierdza każdy z nich
Oba schematy są prywatne, dobrowolne i oparte na audycie niezależnej jednostki. Różnią się progami, sposobem liczenia i tym, czego wymagają od marki jako całości.
| Kryterium | COSMOS | NATRUE |
|---|---|---|
| Kto prowadzi | COSMOS AISBL, organizacja z Brukseli; audyt prowadzą jednostki certyfikujące, w tym Ecocert | NATRUE, stowarzyszenie z Brukseli |
| Poziomy | COSMOS NATURAL i COSMOS ORGANIC | poziom naturalny i poziom organiczny |
| Próg organiczny | ORGANIC: co najmniej 95 procent fizycznie przetworzonych składników rolnych organicznych i co najmniej 20 procent surowca organicznego w całym produkcie. NATURAL: bez progu | poziom organiczny: co najmniej 95 procent substancji naturalnych i ich pochodnych z certyfikowanych upraw lub kontrolowanego zbioru dziko rosnących roślin |
| Warunek dotyczący marki | brak, certyfikuje się pojedynczy produkt | co najmniej 75 procent produktów marki lub submarki musi być certyfikowanych |
| Rozpoznawalność | najszersza w Europie, standard de facto w polskim handlu | silna w Niemczech i Austrii, ceniona w drogeriach ekologicznych |
| Najczęstszy powód wyboru | sprzedaż w Polsce, eksport ogólnoeuropejski, wymóg kupca w sieci | wejście na rynek niemieckojęzyczny i do specjalistycznego kanału ekologicznego |
Warunek marki w NATRUE bywa nieprzyjemnym zaskoczeniem i warto go rozważyć, zanim zamówisz opakowania ze znakiem. Nie da się certyfikować jednego flagowego kremu i sprzedawać obok niego dziesięciu produktów bez certyfikatu pod tą samą nazwą. Jeżeli budujesz szeroką ofertę, a certyfikat planujesz tylko dla części linii, ten jeden zapis potrafi przekreślić cały pomysł albo wymusić wydzielenie osobnej submarki.
ISO 16128 to nie certyfikat i nie należy jej tak przedstawiać
ISO 16128, opublikowana w dwóch częściach w 2016 i 2017 roku, jest metodą liczenia wskaźnika pochodzenia naturalnego i organicznego. Norma nie przewiduje ani jednostki certyfikującej, ani audytu, więc podany procent wylicza sam producent według opisanego w niej algorytmu. Nikt tego nie sprawdza.
To nie znaczy, że jest bezwartościowa. Przeciwnie: jest uczciwym i tanim sposobem powiedzenia klientowi, ile naturalnych surowców naprawdę jest w produkcie, i to właśnie do niej odsyła dokument techniczny Komisji przy oświadczeniach o naturalności. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy marka prezentuje wynik z tej normy jako potwierdzenie przez stronę trzecią. To już jest oświadczenie wprowadzające w błąd, a odpowiada za nie osoba odpowiedzialna, czyli właściciel marki, a nie zakład produkcyjny.
Co certyfikat zmienia w recepturze
Najbardziej odczuwalne ograniczenie dotyczy konserwacji. W standardzie COSMOS dopuszczona jest krótka, zamknięta lista konserwantów: kwas benzoesowy i jego sole, alkohol benzylowy, kwas dehydrooctowy i jego sole, kwas salicylowy i jego sole oraz kwas sorbowy i jego sole. Poza nią zostają najpopularniejsze konserwanty przemysłowe, w tym fenoksyetanol.
Praktyczny skutek jest taki, że każdy produkt zawierający wodę wymaga więcej pracy. Dopuszczone substancje działają w węższym zakresie pH i słabiej radzą sobie z częścią drobnoustrojów, więc badanie obciążeniowe, czyli test skuteczności ochrony mikrobiologicznej, częściej wraca z wynikiem wymagającym korekty składu. Każda korekta to kolejna partia próbna i powtórzone badania.
Dlatego marki, które chcą zacząć od produktu certyfikowanego, prawie zawsze wychodzą od receptur bezwodnych: olejów, serum, balsamów do ust, dezodorantów w sztyfcie i mydeł w kostce. Bez wody nie ma rozwoju drobnoustrojów, konserwant nie jest potrzebny, wystarczy przeciwutleniacz, a droga do gotowego produktu skraca się o kilka tygodni i o kilka rund poprawek. Emulsje warto zostawić na drugą linię, gdy sprzedaż już potwierdzi, że rynek jest.
Kiedy certyfikat się zwraca, a kiedy jest wyrzuconymi pieniędzmi
Koszt certyfikacji jest roczny i ponosi się go dwa razy: audytowi podlega wyrób i osobno zakład, w którym powstaje. Do tego dochodzi obowiązek dokumentowania pochodzenia każdego surowca, co w praktyce zawęża listę dostawców i podnosi ceny wsadu. Przy jednej linii o niskim nakładzie certyfikat potrafi być najdroższą pozycją całego projektu.
Zwraca się w trzech sytuacjach i warto sprawdzić, czy któraś Cię dotyczy. Pierwsza: kupiec w sieci handlowej albo w drogerii ekologicznej stawia certyfikat jako warunek wejścia na półkę. Druga: sprzedajesz na eksport, zwłaszcza na rynek niemieckojęzyczny, gdzie znak jest realnie rozpoznawany przez klienta końcowego. Trzecia: budujesz markę premium, w której cena jest wyraźnie wyższa od średniej i musi być czymś uzasadniona.
Jeżeli sprzedajesz przez własny sklep i media społecznościowe, rachunek zwykle wychodzi inaczej. Klient, który kupuje od Ciebie bezpośrednio, ufa marce, a nie znakowi na opakowaniu, a te same pieniądze wydane na współpracę z twórcami, którzy realnie testują kosmetyki przed swoją publicznością, przynoszą sprzedaż od razu, podczas gdy certyfikat działa dopiero przy wejściu w kanał, którego jeszcze nie masz. To nie argument przeciwko certyfikacji, tylko przeciwko robieniu jej przed czasem: uczciwie podany wskaźnik ISO 16128 i przejrzysty skład wystarczają na etapie, na którym dopiero sprawdzasz, czy produkt się sprzedaje.
Jak sprawdzić wytwórnię, zanim zapytasz o cenę
Certyfikowany musi być zarówno wyrób, jak i miejsce produkcji, więc zakład nieobjęty audytem nie wystawi certyfikatu nawet przy nienagannym składzie. To pierwsze pytanie, jakie warto zadać, bo odsiewa większość ofert w jednym mailu. Drugie dotyczy własności receptury: przy modelu z gotowej formuły zostaje ona własnością zakładu i może trafić także do konkurencji. Trzecie brzmi, kto przejmuje rolę osoby odpowiedzialnej i kto dokonuje zgłoszenia w CPNP, bo domyślnie oba obowiązki zostają po stronie marki.
Jeżeli dopiero wybierasz zakład, zacznij od grupy produktowej, a nie od certyfikatu: mydlarnia, zakład emulsyjny i rozlewnia olejów to trzy różne kompetencje. Szerzej rozpisaliśmy to na stronie o producentach kosmetyków naturalnych, razem z progami serii dla każdej grupy i rozkładem ceny. Jeżeli naturalność nie jest Twoim głównym kryterium, a szukasz po prostu produkcji pod własną marką, właściwym punktem wyjścia jest strona o produkcji kosmetyków na zlecenie. Policzony budżet pierwszej linii znajdziesz z kolei w tekście o tym, ile kosztuje własna marka kosmetyków.
Najczęstsze pytania
Czy kosmetyk naturalny musi mieć certyfikat?
Nie. Certyfikat jest dobrowolny i nie wynika z żadnego przepisu. Obowiązkowe są ocena bezpieczeństwa, dokumentacja produktu, osoba odpowiedzialna i zgłoszenie w CPNP. Bez certyfikatu wolno sprzedawać kosmetyk i opisywać go jako naturalny, pod warunkiem że deklaracja ma pokrycie w dokumentacji, czego wymaga rozporządzenie 655/2013.
Który certyfikat jest lepszy: COSMOS czy NATRUE?
Dla większości polskich marek COSMOS, bo jest szerzej rozpoznawany, pozwala certyfikować pojedynczy produkt i ma dwa poziomy, więc można wejść przez wersję NATURAL bez budowania łańcucha dostaw surowców organicznych. NATRUE wybiera się przy sprzedaży na rynku niemieckojęzycznym, ale trzeba wtedy spełnić warunek obejmujący co najmniej 75 procent produktów marki lub submarki.
Ile trwa certyfikacja kosmetyku?
Liczy się nie tylko sama procedura, ale i przygotowanie do niej: skompletowanie dokumentów pochodzenia dla każdego surowca, dostosowanie receptury do dopuszczonej listy składników oraz audyt zakładu. Dlatego decyzję o certyfikacie podejmuje się przed wyborem zakładu i przed opracowaniem receptury. Dopisanie certyfikatu do gotowej formuły zwykle oznacza napisanie jej od nowa.
Czy certyfikat COSMOS oznacza, że kosmetyk jest w stu procentach naturalny?
Nie. Oznacza zgodność z konkretnym, spisanym standardem, który dopuszcza określone surowce przetworzone i krótką listę konserwantów. Produkt w stu procentach naturalny to w praktyce receptura bezwodna, na przykład olej albo balsam do ust. Przy każdej emulsji zawierającej wodę ochrona mikrobiologiczna jest konieczna ze względów bezpieczeństwa.